Historia niezwykłego psa w zwykłym ciele
Mam świadomość, że ludzie zwykli są nazywać swoje psy wyjątkowymi,najładniejszym i najmądrzejszymi.
Ja natomiast tak nie uważam.
Nie uważam by moja suczka była najładniejsza - bo championem nie
jest,najmądrzejsza także nie jest - nie ma żadnego dyplomu
posłuszeństwa, a i równiutko przy nodze nie chodzi.
Jednak jest w tym psie coś… coś niezwykłego, coś co zauważyłam dopiero
po pewnym czasie, nie da się zapewne ogarnąć słowami tego, co chcę
napisać, ale postaram się - zasłużyła na to.
Mowa o obecnie 3 letniej bokserce o całkiem zwykłym imieniu - Kora.
A więc wszystko zaczęło się od planowania kolejnego psa. Jednemu z
domowników marzył się dostojny owczarek niemiecki i właściwie na
poważnie rozważaliśmy jego kupno. Już mieliśmy się rozglądać za
szczeniakami tejże rasy… gdy nagle,robiąc zakupy dojrzeliśmy
szczeniaczki boksera! Były cudowne, piękne maleństwa o niesamowitych
oczkach i płaskich pysiach i kopiowanych ogonkach, żwawe i wesołe!
"Tak, to jest to!"- krzyczała jedna z domowniczek... no czy ja wiem,ja
najbardziej byłam skłonna kupić psa rasy husky, ale niech już będzie
ten bokser.
No i ustalone, kupujemy boksera.
Była sobota, upalny, majowy poranek.
Nie mając pojęcia o rasie, nie będąc świadomym, że kupując rasowego psa
winno się dokładnie dobierać hodowlę psów z rodowodem - ruszyliśmy na
giełdę.
No cóż… wielkie było nasze zdziwienie, bo bokserów tam nie było... a
nie, był...jakaś zapchlona suczka- przywiązana na sznurku do klatki,
nie wyglądała na małego szczeniaczka, śmierdziała, miała pchły, ślady
pogryzienia, była chuda,wystraszona, osowiała… smutna… wyglądała
żałośnie… niczym nie przypominała pięknych szczeniaczków widzianych
przez nas kilka tygodni wcześniej...
Złapałam ją, wzięłam na smycz i wyjmując paprochy z ryjka (suka była
tak głodna, że pochłaniała kamienie) jak przez mgłę dochodziły do mnie
słowa osoby,która chciała ją sprzedać… mówiła coś o tym, że trzymała ją
w kojcu z DONkami (stąd ślady pogryzienia) ...mówiła czym ją karmi,
oferowała jakiegoś skundlonego reproduktora i wiele innych rzeczy, ale
ja zajęta byłam psem.
Bóg jeden wie, czemu kupiłam tego psa, przecież czytałam w książkach,
jak powinien wyglądać zdrowy szczeniak… nie pamiętam nawet, ile za nią
zapłaciłam...
Tak rozpoczął się kolejny etap mojego życia – etap, który trwa do dziś.
No więc kupiliśmy sunię, już na miejscu wiedzieliśmy, że nazwiemy ją Kora...tak jakoś wpadło nam do głowy i tak zostało.
Dojechaliśmy do mieszkania.
Suka była tak głodna, że jadła suchy chleb, musiała być bita - bo gdy narobiła na kafelki - wystraszona czekała na moją reakcję.
Najedzona - wreszcie, zaczęła robić rozeznanie mieszkania.
Wtem przyszedł ten domownik, który chciał owczarka- ujrzał boksię, wziął na łóżko wycałował… i nagle krzyknął: ale ona ma OGON!
(W istocie miała ogon i nawet uszy, żyjące własnym życiem - nie klapnięte...)
Po emocjonującym dniu poszła spać, byliśmy zdumieni i
wystraszeni...tym…chrapaniem,to niesamowite - chrapała gorzej niż za
przeproszeniem stary podchmielony chłop.
Nadszedł czas pierwszego spaceru - prawie 4 miesięczne szczenię nie
chciało iść na dwór, obwąchało trawkę i pędem ciągnęło do domu. Widok
każdego większego psa ogarniał ją śmiertelnym strachem - to samo
tyczyło się obcych ludzi.
Pewnego razu wystraszyła się parasolki i zwiała do domu... na spacerach
w połowie drogi potrafiła się położyć odmawiając dalszej wycieczki.
Zdałam sobie sprawę, że muszę ja nauczyć normalnie żyć.
Ostro wzięłam się za socjalizację.
Okazało się, że ona ma braki... braki w kontaktach z psami, nie wiedziała jak się zachować.
Najgorsze jednak było to, że ona była chora, długie i męczące
leczenie jelit utrudniało nam życie, ciągle ubrudzony wodnistym kałem
dywan i kafelki... nocne spacery... to wszystko sprawiało, że powoli
mieliśmy dosyć, a to był dopiero początek.
Najtrudniejsze były jej ucieczki, spuszczona ze smyczy widząc na
horyzoncie psa, biegła bez opamiętania - owszem odbiegałam w inną
stronę - ale co z tego,jak mój pies galopował już kilometr przede mną,
nie myśląc o obejrzeniu się za pańcią. Kilka razy zwiała mi, raz
goniłam ją aż po jezdnię, raz po jakichś chaszczach... ale nie zapomnę
jednego: był mroźny dzień, a moja durna suka mi uciekła, goniłam ją już
z 20 minut... siadłam nagle i chciało mi się wyć… ale ja sama tego
chciałam… Popełniłam wiele błędów w szkoleniu, używałam metody kar i
nagród - wcale nam to nie pomogło. Za ciasną obrożę wymieniłam na
skórzaną - a,że moja suka ciągnęła jak parowóz, miała łysą szyję...
dopiero potem kupiłam szelki.
Nastała fala upałów, moja suka z świeżo wyleczonymi jelitami, nie
chciała jeść…była prawie że na samych witaminach... nie rosła tak jak
powinna.
Pewnego razu wbiegła na boisko, gdzie dzieciaki grały w piłkę - jeden chłopak krzyknął: "patrzcie! Miniatura boksera!"
I tak jest do dziś, moja suka nie jest zbyt dużych rozmiarów, ale jedno co ma piękne... to szeroką cudowną klatkę piersiową!
Powoli moja suka oduczała się ucieczek.
Właściwie wszystko szło powoli... z czasem jej śliczny różowy brzuszek
i uda stawały się siwe... a, że my początkowi psiarze, szorowaliśmy ją
- myśląc, że to brud!
Gdy tak mówię o dorastaniu, muszę wspomnieć, że początki nie były wesołe.
Pies, bez którego dziś nie wyobrażam sobie życia - irytował mnie.
W pierwszych tygodniach omijałyśmy się.
Czytam jak behawioryści piszą, że w psie nie ma złośliwości - tak,
powtarzałam to sobie wtedy, gdy moja sunia nasikała mi do buta, na
łóżko - gdy akurat była w toalecie i nie zdążyłam z nią wyjść,
powtarzałam sobie wtedy, gdy obrażona wychodząc po chwili samotności w
pokoju, wdepnęłam w kupę robioną wprost na miarę mojej stopy… e tam,
pewnie przesadzam.
Gdy wreszcie wydawało mi się, że jest lepiej... moja sunia dostała
cieczki. Z jednej strony się cieszyłam, moja dziewczynka dorośleje... z
drugiej było mi smutno…że to tak szybko.
Ten okres to była istna parodia.
Musiałam nosić 20 kg sukę na rekach, a za mną sznurek psów się ciągnął.
Po cieczce, wszystko wróciło do normy.
Moje szkolenie nie odnosiło skutków.
I tak trafiłam na strony o szkoleniu, zaczęłam szkolić sunię klikerem,oduczałam ciągnięcia.
Jaka była moja radość, gdy wreszcie się nam udało.
Gdy wreszcie moja suka stała się normalna.
Zaczęłam spotykać się z psiarzami
Ile nas to kosztowało, tylko my wiemy.
Zjedzone grube tomy książek, uświnione okna, zerwane zasłony, zjedzone
drzwi i tapeta, drzwi od domu zablokowane płytką ceramiczną - tak, że
nie dało się wejść, ucieczka psa w środku burzy, zjedzona torebka,
wywalony kwietnik,rozwalona deska klozetowa, czy zeżarta nowa ława - to
nic w porównaniu do zszarganych nerwów.
Z moją suką nigdy się nie można było nudzić - jak nie wpadła do
przerębla, to rozwaliła łapę tak, że myślałam, że się wykrwawi… raz
nawet topiła się zaplątana o żyłkę - wszystko to specjalnie - chciała
pokazać, jak mi na niej zależy, jak bardzo ją kocham!
Pamiętam taki dzień, koszmarny... ale dał mi wiele do zrozumienia.
Byłam na badaniach EKG, okazało się, że moja suka ma problemy z sercem.
Od tamtej pory do dziś, cieszę się każdym dniem z nią spędzonym.
Każda chwila jest ważna.
Kocham w niej wszystko, pomimo iż potrafi być okropna, nieznośna...
to tylko ona wie, jak ją kocham, tylko ona bez zbędnych słów potrafi
pocieszyć… to jej patrzę w oczy, gdy zasypiam i witam poranek…
Mogłabym pisać o niej w nieskończoność, a ten opis to drobiazg - ale nie mam czasu, bo muszę iść i się z nią pobawić.
Wiem, że kiedyś moja suka wyjdzie na ostatni spacer - ja chcę być
wtedy przy niej - jestem jej to winna, za to, że nauczyła mnie tak
wiele... ona daje mi siły i wiarę - wiarę w to, że liczy się jakość, a
nie długość życia
Ja i mój bokser, jedyny, niepowtarzalny, uparty, wykonujący komendy kiedy mu się podoba.
Pies mojego życia.
Dziękuję Ci aniołku.
Autor: Sylwia z Sosnowca