|
5- 10 września 2011
Wróciliśmy  Krótka relacja z naszych pięciu dni w Krzykosach.
Najpierw smutne wieści - niestety zarobaczony szczeniak nie przeżył Robale miał prawdopodobnie nawet w płucach. Biega już sobie za TM.
Z lepszych - cztery szczeniory już zaczynają same jeść
Robiłam im papki z mokrego z wodą i wcinały jak głupie. Zbyszek ma
kontynuować. Razem z Justyną odrobaczyłyśmy je w poniedziałek, została
odrobaczona jeszcze ich mama i druga sunia, która z nimi jest. Niestety
Misi (trzeciej suni) nie udało nam się odrobaczyć, bardzo inteligentnie
omija tabletki. Chwilowo jest zamknięta osobno, jest plan żeby podać
jej po prostu do pyska pastę (sunia się tak panicznie boi ludzi, że z
podaniem tabletek bezpośrednio do gardła może być problem).
Bohun w czwartek pozbył się szwów Chłopak okazał się maniakiem... Żółtego sera Działa lepiej niż jakiekolwiek smaczki Coraz chętniej podchodzi, jeszcze nie do końca daje się jednak głaskać. Bardzo spodobał mu się jednak Ttouch
W poniedziałek zasnął mi z głową na kolanach podczas masażu. Kiedy
przestałam go masować, spojrzał na mnie swoimi ślicznymi ślepkami i
położył mi główkę z powrotem na kolanach, domagając się pieszczot
Bohunek nie lubi zostawać zbytnio sam, wyje wtedy (odwrotnie niż
podczas pobytu Justyny i Sylwii, kiedy to uspokajał się zamknięty sam w
pokoju
). Coraz bardziej szuka kontaktu z ludźmi, zabierany na dwór większość
czasu spędza podążając za człowiekiem. Nie stawia jeszcze zbyt często
zoperowanej nogi, weterynarz stwierdził jednak, że może tego nie robić
jeszcze nawet przez 3 tygodnie. Od poniedziałku będzie dostawał jeszcze
jakiś lek w płynie do pyska, ale zapomniałam zapytać Zbyszka o nazwę 
W środę razem z nami i Bohunem w domu zamieszkał również Czarnulek
Też nie lubi zostawać sam, ten z kolej niszczy... Pobyt w domu to
jednak dla niego nowa sytuacja, więc nie powiedziane, że tak będzie w
przyszłości. W każdym razie Zbyszek pozbył się szklanki i kilku
świeczników
Także później jak wychodziliśmy zamykaliśmy chłopaków po prostu w
pokoju. Czarnulka trochę wymęczyłam głaskaniem, pierwszego dnia w domu
się na mnie obraził i jak mnie widział zadzierał oburzony głowę do góry i
udawał, że mnie nie widzi
W czwartek było już jednak lepiej, głaski zaczęły mu się nawet podobać
i jak robiłam coś w domu chodził za mną i kładł się w tych miejscach,
gdzie go wcześniej głaskałam czekając niepewnie na mizianie. W domu
podchodził, jadł z ręki, pozwalał się coraz częściej głaskać, nie
uciekał już nawet zbytnio, jak się do niego podchodziło. Jak go miziałam
po pysiu chętnie zasypiał, pospaliśmy sobie nawet razem na świeżych
gazetach A Bohunek obok nas
Z Czarnulkiem robiliśmy również próbę z szelkami. Początkowo nie
chciał się w nich w ogóle ruszyć, później pokracznie po kilka kroków
robił. Jak go położyłam w samych szelkach na podłodze, to przez dobrą
godzinę w ogóle się nie ruszył tylko leżał w miejscu, w którym go
zostawiłam. Później zaczął się nieśmiało poruszać, a później
stwierdził, że niebieskie szelki mu się nie podobają, więc za wszelką
cenę trzeba je ściągnąć
Trochę mu nie wyszło, bo zatrzymały mu się na zadku, także musiałam mu
pomóc uwolnić się od tego strasznego urządzenia. Chłopcy zawsze
zachowywali się dosyć obojętnie jak wchodziliśmy do domu, w piątek
jednak nastąpił przełom - po otwarciu drzwi zobaczyłam tańczącą z
radości dupkę Czarnulka i jego merdający ogonek Uwielbiam tego psa
Przed wyjazdem zwróciłam Czarnulkowi "wolność" - pognał od razu bawić
się z Psotką, zaglądał jednak co jakiś czas co robię, pozwolił sobie
nawet radośnie poszczekać
Nie przeszkadzała mu nasza obecność, biegał przed domem, kiedy
wychodziliśmy odprowadził nas nawet do bramy, nie chowa się już tak po
krzaczorach Żeby nie było jednak tak kolorowo, pogłaskać się jednak na dworze już nie dał 
Najbardziej przyjazna okazała się oczywiście Psotka. Można ją głaskać po
całym ciałku, bardzo chętnie rozdaje również buziaki. Karmelek to
straszny łakomczuch, za jedzeniem władował mi się nawet w czwartek
przednimi łapami na kolana, jak siedziałam na krześle
Bardzo lubi się bawić, pobiegał trochę za zabawką, pozwolił się
pozaczepiać i nie był na zaczepki obojętny. Jak ma ochotę, to da się
pogłaskać nawet po grzbiecie. Kazan jak ma ochotę to przyjdzie się
przywitać i da się pogłaskać, zazwyczaj jednak jest mu wszystko jedno.
Większość psów biegających luzem je z ręki i daje się dotykać po
pyszczku. Nawet nieufny Pino smaczki z ręki zaczął brać Diana daje się głaskać po całej głowie nawet bez smaczków, boi się jednak ręki w okolicy grzbietu.
We wtorek dostaliśmy dla psów dwa wiadra surowego mięsa. Oczywiście,
żeby nie było tak łatwo, pokroiłam je na małe kawałeczki i karmiliśmy
psy z ręki Podeszła nawet biała sunia, myślałam, że pół ręki mi od razu zje
Nie znałam jeszcze zbyt wielu psów, wiedziałam jednak, że jedna biała
po terenie biega. Jakie było moje zdziwienie, kiedy podczas karmienia, z
krzaków wyszła... Druga. No to ja do kojców - no tak, w jednym brakuje
mi psa. Przy furtce brakowało kawałeczka betonu. Wystarczyło jednak,
aby wykopać dziurę i wyjść. Tak więc z ręki jadła mi właśnie
uciekinierka Słomka. Kojec został zabezpieczony (całe szczęście Bonzo
nie wyszedł) no i zaczęło się łapanie Słomki. To jest jednak bardzo
inteligentna sunia, już do jedzenia nie podchodziła. Udało nam się ją
złapać dopiero w czwartek. Mam nadzieję, że do sterylki w kojcu
wytrzyma.
Nie ukrywam, że najbardziej wkurzył mnie syf w budach. Oprócz słomy było
tam pełno kości, na których te psy musiały leżeć. W większości bud
była tylko słoma i kości. W dwóch natomiast było gorzej. W jednej nie
było w ogóle słomy, na wierzchu był "dywan" z kości. Pod kośćmi
natomiast ziemia z pokruszonym styropianem - robota prawdopodobnie
szczurów. Nie omieszkałam opieprzyć za niesprzątnięcie bud przed
włożeniem psów do kojców. W piątek więc wzięłam się za wywalanie
wszystkiego z bud i wkładanie nowej słomy. No i kolejna niespodzianka. Z
wierzchu buda wyglądała całkiem nieźle. Brakowało co prawda deski w
dachu, ale położone były na nią dwie plandeki, więc od opadów itp. była
osłonięta. W środku słoma, kilka kości - myślę "Jest ok". No to
wyciągam tą słomę żeby dać świeżej. A pod słomą... Syf, kiła i mogiła.
Dosłownie. Cmentarz z kości i to dosyć konkretnych rozmiarów, w ilości
zastraszającej. Pełno ziemi, w której schronienie znalazło mnóstwo
robali. Jak już wszystko z tej budy wyjęłam (dwie taczki przede
wszystkim kości i ziemi), to się okazało, że buda nie ma połowy
podłogi... Jeden bok też się trzymał na słowo honoru, więc wiele nie
myśląc zaczęliśmy kombinować z tego co było pod ręką. A że palet, desek
itp. pod dostatkiem, to razem z Grześkiem naprawiliśmy tą budę w miarę
możliwości. Niestety budy są bardzo wiekowe i deski są bardzo
spróchniałe. Jakby ktoś miał więc budę na zbyciu, to dla Krzykoskich
psów się na pewno przydadzą, tym bardziej, że jesień za pasem.
Oczywiście, nie obyło się bez szwanku Nie wiem kiedy, ale rozcięłam sobie głowę Na szczęście lekko i szycie niepotrzebne 
Jeśli ktoś ma możliwość, to naprawdę fajnie by było, gdyby do Krzykosów
pojechał. Im więcej te psy przebywają z ludźmi tym dla nich lepiej. Da
się tam spokojnie przeżyć, doskwiera jedynie brak ciepłej wody, ale
zawsze można zagrzać. Zbyszek jest osobą bardzo serdeczną, na psach mu
bardzo zależy. Chętnie się uczy, o wiele rzeczy pyta, dużo obserwuje.
Niestety życie potoczyło mu się tak, a nie inaczej. Moim zdaniem
naprawdę warto mu pomóc, a widok kilkunastu psów witających go radośnie
każdego dnia jest doskonałą nagrodą.
Jagoda
|